Niepodległość nasza, wasza i ich

by - listopada 10, 2017

Jutro czeka nas sądny dzień. Wielu Warszawian (nie mylić z Warszawiakami – rodowitymi mieszkańcami Warszawy) ma zapewne zupełnie inne plany, niż uczestniczenie w marszach organizowanych w stolicy.
Warszawiacy również nie próżnują i prześcigają się w wymyślaniu nowszych dróg ucieczki z granic miasta. Kto zatem zostaje, kto ma jeszcze siły i wybiera się na coroczne manifestacje niepodległości naszej ojczyzny?


Zdefiniowana tożsamość

Nie wytykając palcem – każdy w obrębie swoje podwórka ma zdefiniowane poczucie własnej tożsamości. Umie nazwać swoją grupę, umie też zlokalizować obcych. Wie, od kogo trzymać się z daleka, a wie też do kogo lgnąć.

Skoro wszyscy doskonale wiemy, po co i kim budzimy się każdego kolejnego dnia, a szczególnie ważne jest to w poranki takie, jak 11.11, to dlaczego wciąż istnieje tak wiele kontrowersji dotyczących naszej tożsamości, jako narodu, i dlaczego nie potrafimy przyjąć do wiadomości, że Polak Polakowi nierówny – ale jedynie ze względu na przekonania i wyznawane wartości. Nie na poczucie człowieczeństwa i poczucie bycia Polakiem.

Komunikacja bez komunikacji

Mam przyjemność poruszać się po warszawskich drogach dzięki komunikacji miejskiej. Masywne autobusy dostarczają mnie z obrzeży miasta, wprost do jego środka. Podczas godzinnych podróży nasłucham się więcej pojedynczych słów, zwrotów, złożonych przekleństw czy opowiastek, niż niejeden mało świadomy odbiorca telewizji podczas jednego wieczornego posiedzenia przed czarną, dzisiaj już płaską, skrzynką.

W komunikacji miejskiej ludzie dziczeją. Stają się najgorszymi wersjami siebie, jakby nauki wszechobecnego coachingu brali w nagłą niepamięć. Wykrzywiają twarze w grymasie nagłych zwrotów przegubu, syczą i zaciekle zerkają w stronę współpasażerów, tak samo dotkniętych plagą rozbisurmanionych i egoistycznych samochodów jednego człowieka.

Lubię sobie czasem zerknąć w stronę inteligentnie wyglądającego mężczyzny. On zazwyczaj wtedy czyta książkę lub gazetę (raczej o poglądach lewicowych), a ja liczę minuty pozostałe do mojego powrotu do domu. Inaczej wszystko ma się w sytuacji wyjazdu do miasta. Obserwuję wtedy ludzi już dawno spóźnionych do pracy, do przedszkoli, do miejsc potocznie zwanych „drugim domem”.
Gdy korek pojawia się przed przednią maską autobusu, już wiedzą, że będą problemy. Wyciągają wtedy pośpiesznie z kieszeni telefony, kilka klików i już zawiadomiony został ten, co powinien…

Przyszłość jednej lini

Jutro wydarzy się w Polsce zapewne tyle samo dobrego, co złego. Ulicami polskich miast przejdzie kilkadziesiąt marszy, kontrmanifestacji. W ich granicach znajdować się będą ludzie przepełnieni ideologiami – niekiedy jedynie słusznymi i tymi, które dopuszczają do głosu swoich przeciwników. Nikt jednak nie będzie rozmawiał. Tego, jak co roku, jestem pewna. Prowadzony będzie monolog samouwielbienia, monolog wewnętrzny, który zniknie tuż za zakrętem mijanych ulic. 

Dzień Niepodległości Polski stanowi niesamowity przykład, jak dzień szczęśliwy i wzniosły, może stać się jednocześnie dniem rozbitych witrynowych szyb, podbitych oczu i zranionych serc. Dniem tysięcy telewizyjnych relacji, przepełnionych słowami „nacjonalizm”, „prawdziwy Polacy”, a ostatnio i „uchodźcy”. Rzadko kiedy usłyszymy tam nazwiska tych, którzy wywalczyli XXI-wiecznym Polakom tę wolność. 

Dzień, który powinien (wyjątkowo) poświęcony zostać wspominaniu i celebrowaniu przeszłości, usilnie przekształcany zastaje w przewidywanie, gdybanie i „marzenie” o wizji przyszłości, która – jak widać i słychać – nie prędko zostanie naszkicowana jednym ołówkiem.

A może zerkniesz tutaj?

0 komentarze